piątek, 14 listopada 2014

Nareszcie na mieszkanku!

Przez kilka pierwszych dni mieszkałam w Palermo u pewnego małżeństwa. Zachwyciłam się ich ogromnym mieszkaniem. Mają przepiękny salon, wielki balkon, dwie bardzo duże łazienki i kilka pokoi, nawet nie wiem dokładnie ile:) Pani domu - Maria Rita, ma totalnego bzika na punkcie kotów. Wszystko w jej domu jest w koty. Wszystko co tylko możecie sobie wyobrazić. Począwszy od malutkich kocich figurek, pluszowych maskotek i breloczków, po solniczkę w kształcie kota, ręczniki w kotki, serwetki, poduszki, zasłony, ramki na zdjęcia, kalendarze, talerze, wazony... Wszystko. Brakowało tylko prawdziwych kotów. Nie mieli niestety ani jednego, bo paradoksalnie mają alergię na te zwierzaki...

Wczoraj przeprowadziłam się do mojego docelowego mieszkania. I miałam już nadzieję, że w końcu wszystko jest ok. Ba! Zapowiadało się, że będzie nawet lepiej niż po prostu OK. Bo mam piękny hotelowy pokój z sofą i lampą z diamentami Swarovskiego. Ale w żadnej z dwóch łazienek nie mogłam się umyć, bo w jednej z kranu leciał tylko wrzątek, a w drugiej sok pomarańczowy... Podekscytowana stwierdziłam, że chociaż brudna, mogę w końcu zrobić sobie coś do żarcia. Myślałam tylko o tym, jak usmażę jajecznicę i zrobię dużą kawę. Wielką, ogromną, monstrualną kawę, która nie mieści się w głowie żadnego Włocha. Bo jak wiadomo, Włosi zakochani są w tym swoim malutkim espresso. Piją je codzienni z tych swoich miniaturowych filiżaneczek. Coś takiego jak Starbucks nie ma tutaj racji bytu. Nawet w biurze boję się zrobić kawę w normalnym kubku, bo by mnie chyba wyrzucili na bruk za takie zberezeństwo. 
Prawie na skrzydłach poleciałam do kuchni i ... niestety w kuchence zabrakło gazu... Smutek, płacz, rozpacz. To uczucia, które towarzyszyły mi tego wieczoru. Umyłam się w kuchennej umywalce i położyłam spać, myśląc tylko o tym, jak rano zjem sobie biroszkę przy espresso. Bo włoskie jedzenie jest pyszne i espresso też, ale naprawdę przydałby mi się kubeł kawy rozpuszczalnej z mlekiem. I jajecznica. I polska kiełbasa. Szyneczka. 

Jednak w "składziku" (pomieszczeniu na duperele) znalazłam Ballantinesa. I 7 innych butelek różnych alkoholi. I cygara. Może kiedyś mieszkali tu jacyś mafiozi? Ulica, przy której jest moje mieszkanie, to podobno ulica bogaczy. Najlepsza w mieście. A jeden pokój wygląda jak biuro naprawdę ważnej persony. Skórzane fotele, eleganckie biurko. Na razie czekam jeszcze na moje współlokatorki. Podobno są włoskimi koszykarkami, ale kto ich tam wie.

Spacerem po Palermo


Podczas owego sobotniego spaceru zgubiłam się z 30 razy. Oczywiście wędrowałam z mapą, ale moje problemy z orientacją w przestrzeni są naprawdę duże. Palermo ma setki maleńkich uliczek, które doprowadziły mnie do straszliwej dzielnicy… Nagle moim oczom ukazał się bród, smród i ubóstwo w jednym. Trafiłam między obskórne, zrujnowane budynki, bez szyb i drzwi, z powiewającymi szmatami i walającymi się wszędzie śmieciami. Wyglądało to jak typowa dzielnica narkomanów i morderców, którą widziałam tylko w filmach. Nigdy w życiu bym nie pomyślała, że kiedykolwiek znajdę się w takim miejscu… Na szczęście szybko udało mi się stamtąd uciec. Później wszyscy się dziwili, że wróciłam cała, z dwoma nerkami i bez kosy w brzuchu.
Przerażające jest centrum Palermo w sobotnie wieczory, bo nagle na ulice wychodzą Justiny Biebery i Hannahy Montany. Na głównych ulicach pełno jest tego typu młodzieżówki. Piękne Teatro Massimo i Teatro Politeama obsiada ta szarańcza i wtedy naprawdę lepiej uciec za miasto, albo zaszyć się gdzieś z butelką wina. Na szczęście w inne wieczory można spokojnie spacerować, bez obaw spotkania tych słodkich nastolatków.

Non parle inglese

W sobotę wybrałam się na spacer po moim nowym mieście zamieszkania. Wzięłam mapę, ale pomyślałam też, że nie będzie żadnego problemu jak zapytam kogoś o drogę. Jednak problem był ogromny. Bo ja po włosku umiem powiedzieć tylko „Ciao”, a Sycylianie (tak ich będę nazywać, bo jednak różnią się trochę od Włochów) ani słóweczka po angielsku. Nic a nic. Nawet na „hot doga” mówią jakoś inaczej, a powszechnie wszystkim znany „croissant” to „cornetto”. Izolacja tej wyspy od reszty świata robi swoje… Zapewne ich brak znajomości języka angielskiego wynika nie tylko z ich lenistwa, ale też z tego, że nie mają absolutnie żadnego kontaktu z tym językiem. Wszystkie filmy są dubbingowane i wierzcie mi, nie chcielibyście zobaczyć nawet minuty np. Batmana, mówiącego po włosku. W każdym razie po angielsku na Sycylii się nie dogadacie. Ale czy możecie sobie wyobrazić, że nie wiedzą nawet co to znaczy „fu*k”?
Kiedy siedziałam sobie na ławce w parku i uczyłam się włoskiego, podeszło do mnie dwóch chłopaków. Włoch i Palestyńczyk. Włoch oczywiście nawijał coś po włosku, a wszystko tłumaczył na angielski Gabi z Palestyny. Zaczęliśmy rozmawiać na temat języków, bo widzieli, że próbuję się czegoś nauczyć i wypisuję sobie zwroty na kartce.
Gabi: Can you teach me some bad words in polish? Something like ”fu*k”?
Ja: Kur*a. It’s the most popular and the most useful word.
Włoch: Che cossa significa „fu*k”? [co oznacza "fu*k"?]
Nie trzeba komentować:)
Dzięki chłopakom dalej nie wiem jak zapytać o drogę, ale nauczyłam się kilku użytecznych zwrotów;)

Ciao Ciao Sicilia!

Czas na opowieści z sycylijskiej ziemi. Trafiłam  tu trochę z przypadku, ale jakby głębiej wszystko przeanalizować, to większość rzeczy dzieje się przypadkiem. Albo jest dziełem tzw. przeznaczenia – jak kto woli;) Zatem po prostu wyjechałam na Sycylię. Rzuciłam swoją dotychczasową, naprawdę fajną pracę, zebrałam manatki i poleciałam. Warto zaznaczyć, że to nie było wyrwanie się z korporacyjnych łańcuchów, zostawienie za sobą znienawidzonej roboty, ale podjęcie bardzo trudnej decyzji. Bo w Polsce ciężko o dobrą pracę, którą się naprawdę lubi. Miła atmosfera też jest na wagę złota. Jednak zostawiłam to wszystko, żeby wstąpić do sycylijskiej mafii;) Musiałam szybko się spakować, pozałatwiać wszystkie sprawy i przez to nie zabrałam nawet sandałów, ale to pewnie dlatego, że ich nie miałam. Sprzedałam gitarę, wynajęłam mieszkanie, załatwiłam ubezpieczenie i dopiłam wino. Na różne sposoby odpowiadałam znajomym na pytanie, dlaczego wyjeżdżam akurat na 9 miesięcy.
W środę, 5 listopada, byłam już w Warszawie. Tam wypiłam ostatnie polskie piwo. W czwartek rano był wylot. Bałam się okrutnie, bo jestem osobą z całkowicie upośledzonym zmysłem orientacji w terenie. Ogarnął mnie strach, że się zgubię. Myślałam, że jak pójdę do łazienki, to kiedy wyjdę, wszystkie korytarze pozamieniają się stronami i nie będę wiedziała, w którą stronę iść. Ale miałam wystarczająco dużo czasu na to, żeby pomylić lewą stronę z prawą i na odwrót. Na początku nie było łatwo, bo najpierw samolot się opóźniał, a jak w końcu do niego wsiedliśmy, to rozwalił się na pasie startowym… Niby mieli go naprawić, ale ostatecznie przesiedliśmy się do innego samolotu. W Bergamo miałam przesiadkę do Palermo. Uciążliwą podróż i długie czekanie wynagrodził mi bajeczny widok Mediolanu nocą z lotu ptaka. Cudowny obraz, którego nie sposób było uchwycić moim aparatem. Jeszcze tylko musiałam na lotnisku w Palermo znaleźć autobus do miasta…
I teraz już z ulgą mogę odetchnąć wspaniałym śródziemnomorskim powietrzem:)
I jak tu się spakować na 9 miesięcy?

Jedziemy do stolicy

Lecimy! Pa pa zimo:)

Przesiadka w Bergamo